Get Adobe Flash player

szukaj na stronie

Newsletter



Wiadomość HTML?

Joomla : Fundacja VIS MAIOR

Podaruj nam 1% podatku

Jesteśmy organizacją pożytku publicznego

KRS: 0000136590

Licznik odwiedzin

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj569
mod_vvisit_counterWczoraj1128
mod_vvisit_counterW tym tygodniu5838
mod_vvisit_counterW tym miesiącu25202
mod_vvisit_counterWszystkich529822

Aktualnie: gości 10 połączonych
Twoje IP: 38.107.179.241
Dzisiaj: Maj 19, 2012
Dogopedia Zdrowie i pielęgnacja

Weterynarz to dziwny zawód...

Weterynarz to dziwny zawód. Czasem wydaje mi się, iż trzeba posiadać sporą dozę masochizmu aby go wykonywać. W jednej chwili możesz czuć się jak potężny szaman-czarodziej, który posiadł coś w rodzaju wiedzy tajemnej, niedostępnej zwykłym śmiertelnikom, pozwalającej rozpoznawać objawy, niczym detektyw łączyć strzępy informacji uzyskane podczas wywiadu, badać i wreszcie stawiać diagnozę, najlepiej w jak najmniej zrozumiałym języku. Budzisz zaufanie, jesteś podziwiany i chwalony, jedni właściciele zwierząt polecają cię innym. Nabierasz wiary w siebie, patrzysz w swe odbicie w lustrze myśląc: "W sumie niezły z ciebie doktor i w ogóle fajny gość." I to jest znak, że za chwilę ktoś brutalnie strąci cię z piedestału i poczujesz się jak idiota. Jedne z najmądrzejszych słów jakie przekazała mi moja pierwsza nauczycielka weterynarii, lekarka z wieloletnim stażem brzmiały mniej więcej tak: "Nigdy zbytnio nie ufaj swojej wiedzy, zachowaj pokorę bo możesz się boleśnie rozczarować. Tak naprawdę wiemy bardzo niewiele. Nie słuchaj zbytnio tych, którzy cię chwalą, łatwiej będzie ci wtedy znieść słowa krytyki." I tak to już jest, dla jednych jesteś geniuszem, dla drugich kretynem i nic tego nie zmieni. Jedni będą słuchać twych słów jak wyroczni, inni zawsze będą wiedzieć lepiej.

Image: Grant Cochrane / FreeDigitalPhotos.net

 

 

Niedzielne przedpołudnie toczyło się powoli podpowiadając różne miłe sposoby spędzenia wolnego czasu i właśnie wtedy gdy zastanawiałem się, który z nich wybrać zadzwonił telefon. Taki niedzielny telefon raczej nie wróży niczego dobrego i tak było tym razem.

- Weteryniarz? - głos w słuchawce brzmiał ochryple.

- Tak, słucham. - Przeczuwając kłopoty starałem się zabrzmieć zniechęcająco, ale chyba mi nie wyszło.

- Mam problem z psami, one sra... ten no... biegunkę mają. I rzy... znaczy się wymiotują.

- Rozumiem. Ale wie pan, że dzisiaj lecznica jest zamknięta? Musiałbym specjalnie przyjeżdżać, to mi zajmie trochę czasu.

- Taa. Ale widzisz pan, ja z tymi czortami nigdzie jeździł nie będę. Przeca wszystkich do samochodu nie zmieszczę, poza tym piwko se już grzmotnąłem... czekaj pan, żona chce z panem rozmawiać.

-Halo, Gwóźdź Mariola z tej strony. Panie doktorze, bardzo pana proszę niech pan przyjedzie obejrzeć te szczeniaki. Takie zdrowe były psiny, wesoło dokazywały, a tera smutne leżą, nieruchawe...

Obraz błogiego niedzielnego popołudnia powoli zaczynał w mojej głowie zanikać. Wziąłem głęboki oddech i zapytałem:

- W jakim wieku są szczenięta? Czy były szczepione przeciw chorobom zakaźnym?

- No, dwa i pół miesiąca będzie jak na świat przyszli . A to trza już szczepić? Bo różnie to ludzie gadają o tych szczepionkach...

 

Nie wiem skąd u ludzi bierze się poczucie posiadania wiedzy w tak wielu dziedzinach. Ponadto im bardziej skomplikowana dziedzina tym więcej fachowców. Jest wielu znawców motoryzacji, sportu, świetnych budowlańców, mnóstwo osób potrafi wychowywać dzieci, leczyć a już prawie każdy zna się na polityce. Konieczność posiadania odpowiednich certyfikatów i dyplomów we wszystkich tych dziedzinach wydaje się przy tym najmniej istotna. Bardzo często właściciele zwierząt kierują się opiniami obiegowymi, informacjami wyczytanymi na forum internetowym lub zasłyszanymi w kolejce czy autobusie. Przy czym to co "ludzie gadają" ma wartość większą niż opinia lekarza weterynarii. Nie rozumiem tego.

 

Na miejscu okazało się że szczeniąt jest pięć. Mieszkają w budzie razem ze swoją matką, nieco przypominającą gończego polskiego pięcioletnią czarną suczką o imieniu Lalka. Ojciec był nieznany, ciąża (już druga) była efektem ucieczki Lalki przez dziurę w płocie. Z pięciorga rodzeństwa tylko jedno nie było czarne. Biało-ruda łaciata suczka miała już za to swoje imię - Vanessa i była ulubienicą Marioli Gwóźdź. Pozostałe szczenięta - wszystkie płci męskiej nie miały jeszcze imion. Całe towarzystwo było dość apatyczne, najgorzej wyglądała właśnie Vanessa. Ujęty przeze mnie fałd skóry na grzbiecie utrzymywał się świadcząc o znacznym odwodnieniu, reakcja na omacanie brzucha była natychmiastowa - nie musiałem pytać czy szczeniak wymiotuje.

 

- Łone pewnikiem cuś zżarły. - Ochrypły głos ze słuchawki tym razem pojawił się tuż nad moją głową. Towarzysząca mu kwaśno-piwna woń zmusiła mnie do spojrzenia w kierunku z którego dochodził. Głos należał do osobnika o trudnej do opisania aparycji. Ogorzała twarz podczas mówienia ukazywała uzębienie, które lata świetności miało za sobą, głowę chronił beret. Beret wraz  z papierosem wystającym z ust poruszały się rytmicznie podczas mówienia.

- Zżarły cuś, skurczybyki mówię panu. Suka im ciągle znosi kości, odpadki różne a one wiecznie głodne, to zżarły i im zaległo w brzuchach i się tera psuje...

- Cicho bądź, Zenek! - Brutalnie przerwała mężowi prawie gotową diagnozę Mariola. - Daj doktorowi pracować, a nie stanął i głupoty gada!

- Kiedy pojawiły się pierwsze objawy choroby? - zapytałem, jednocześnie z niepokojem spoglądając na termometr ukazujący temperaturę ciała Vanessy. Trzydzieści sześć stopni Celsjusza to o dwa i pół stopnia za mało, choroba zapewne rozwija się już jakieś 2-3 dni.

Z odpowiedzią pierwszy pospieszył pan domu.

- Podług mnie to łone wczoraj cuś...

Nie dowiedzieliśmy się co takiego wydarzyło się wczoraj, gdyż Mariola znowu nie dała dojść do głosu mężowi. - Siedź cicho, głupi ty! Wysłowić się taki nawet kuluralnie nie umi. Panie doktorze, one już ze dwa dni takie niewyraźne są, nie jedzą, nie piją. Tylko srają i rzygają.

Jakby na potwierdzenie tych ostatnich słów Vanessa zwymiotowała sporą ilość wodnistej treści, jeden z pozostałych szczeniaków zaś wydalił z siebie podobną zawartość drugim końcem. Zapach nie pozostawiał złudzeń. Taka cuchnąca biegunka oraz wymioty o intensywnym przebiegu występują w przebiegu parwowirozy. Jest to wirusowa choroba układu pokarmowego psów, szczególnie groźna dla szczeniąt. Widoki dla Vanessy nie były różowe. Pozostałe szczenięta miały temperaturę w normie i wyglądały nieco lepiej.

Wziąłem głęboki oddech.

- Cóż, przede wszystkim szczeniaki nie mogą w takim stanie przebywać na dworze. Noce są zimne a pieski muszą być dogrzewane. Inaczej jutro nie będzie kogo leczyć. Z resztą dla Vanessy prawdopodobnie i tak już jest za późno...

- Jak to? - W oczach Marioli pojawiły się łzy. - To ona może zdechnąć?

- Zdycha to proszę pani pijak pod płotem. - Zacząłem się niecierpliwić. - Psy umierają. Umierają na przykład wtedy, kiedy właściciel ich nie zaszczepi. A potem zwleka z wizytą u lekarza.

Kiedy dwie godziny później opuszczałem posesję Gwoździów, do bramy odprowadził mnie pan domu. Gasząc gumowcem niedopałek papierosa oznajmił swoim ochrypłym głosem:

- Podług mnie to łone cuś zeżarły, czorty jedne...

 

Dzięki poprawie warunków bytowych, nawadnianiu i podawaniu leków przeciwwymiotnych psiaki z dnia na dzień miały się coraz lepiej i po tygodniu w ogóle nie było widać, że przeszły tak ciężką chorobę. Jest to z resztą charakterystyczne dla parwowirozy - szczenięta, które nie padną bardzo szybko wracają do zdrowia. Co do Vanessy moje obawy okazały się niestety słuszne - nie udało się jej uratować. Nie podlegało dyskusji, iż śmierć szczeniaka oraz choroba pozostałych były efektem braku odpowiedzialności ze strony ich właścicieli. Szczepienia przeciwko takim chorobom jak wścieklizna, nosówka, zakaźne zapalenie wątroby, kaszel kenelowy czy właśnie parwowiroza to stały element profilaktyki i każdy kto opiekuje się psem musi o tym wiedzieć. I zdawać sobie sprawę z konsekwencji nie przestrzegania jej zasad. Inaczej to nie jest żadna opieka tylko działanie na szkodę zwierzęcia. To, że drobnoustroje są małe i ich nie widać nie oznacza że ich nie ma. Jeśli będziemy je lekceważyć może dojść do tragedii. Myli się jednak ten, kto sądzi że to co się wydarzyło w jakiś sposób odmieniło naszych "bohaterów". Po płaczu, lamentach, klątwach i wzajemnym oskarżaniu się współmałżonków, na sam koniec Mariola Gwóźdź oznajmiła:

- To wszystko panie doktorze przez tego mojego głupiego chłopa. Od początku mówiłam: załataj te dziure w płocie bo Lalka znowu będzie miała małe i co zrobisz? Poprzednim razem osiem było. Mówię panu, takich pięknych...

- Dziewięć.

- Słucham? - Od jakiegoś czasu Zenon nie pojawiał się podczas moich wizyt, teraz wyraźnie czuć było tę kwaśno-piwną woń.

- Dziewięć onegdaj było, czortów. Ale jeden nie przeżył. Zeżarł coś ani chybi, bo ta suka znosi im przez te dziure kości i inne paskudztwa...

 

Maciej Bekier, lekarz weterynarii, specjalista chirurg

Gabinet weterynaryjny ' Uprzejmy Łoś'