Get Adobe Flash player

szukaj na stronie

Newsletter



Wiadomość HTML?

Joomla : Fundacja VIS MAIOR

Podaruj nam 1% podatku

Jesteśmy organizacją pożytku publicznego

KRS: 0000136590

Licznik odwiedzin

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj570
mod_vvisit_counterWczoraj1128
mod_vvisit_counterW tym tygodniu5839
mod_vvisit_counterW tym miesiącu25203
mod_vvisit_counterWszystkich529823

Aktualnie: gości 8 połączonych
Twoje IP: 38.107.179.244
Dzisiaj: Maj 19, 2012
Dogopedia Zdrowie i pielęgnacja

Wszystko na swoim miejscu

James Herriot w roku 1970 w pierwszym tomie swej niezapomnianej sagi WSZYSTKIE STWORZENIA MAŁE I DUŻE zatytułowanym JEŚLI TYLKO POTRAFIŁYBY MÓWIĆ tak pisał o swoich studiach weterynaryjnych:

Poczynając od studiów nad roślinami i najniższymi

formami życia, poprzez sekcje i robienie preparatów

w laboratorium anatomicznym i fizjologicznym, poznawałem

rozległe i bezduszne królestwo materia medica.

Potem patologia, która zdarła mi z oczu zasłonę ignorancji

i po raz pierwszy pozwoliła wejrzeć w najgłębsze tajemnice

natury(...) A oprócz tego wiele innych przedmiotów, takich jak fizyka,

chemia, higiena; moi wykładowcy zdawali się niczego

nie zapomnieć(...) I wreszcie parazytologia, rojący się, odmienny całkiem

od innych świat pasożytów. A w końcu interna i chirurgia,

krystalizacja mojej nauki i jej zastosowanie w zwykłych

dolegliwościach zwierząt.

ręka trzymająca strzykawkę

Image: Ambro / FreeDigitalPhotos.net


 

Chirurgia. Zwieńczenie długoletnich studiów i ostateczny sprawdzian z wiedzy. Królowa nauk weterynaryjnych. Przynajmniej dla mnie. Ok, zapewne dla wielu lekarzy weterynarii bardziej pasjonujące jest badanie zwierząt rzeźnych i mięsa bądź administracja weterynaryjna. Rozumiem to. Mało kto zdaje sobie sprawę jak bardzo ważne są to dla nas dziedziny. Gdyby nie oni ciężko byłoby o kanapkę z szynką, nasz ukochany Azor nie miałby szans na wyjazd za granicę a zjedzenie kurczaka wiązałoby się z poważnym ryzykiem złapania np. ptasiej grypy. Czasy gdy byt człowieka zależał od tego co on sam złowił, upolował bądź wychodował dawno minęły. Dziś wszystko jest dokładnie zbadane, policzone i zważone. Wszystko ma swoją cenę. Codziennie tysiące ludzi w białych fartuchach coś tam bada w swych laboratoriach, podaje dane kolejnym tysiącom ludzi w garniturach którzy przy swych biurkach dokonują głębokiej analizy tych danych aby w końcu je opublikować. Dla ogólnego społecznego dobra. Służby weterynaryjne wraz z innymi służbami stoją na straży zdrowia publicznego odpierając ataki przeróżnych paskudztw, od wspomnianego wirusa grypy począwszy, na prionach skończywszy. I tej roli weterynarii w życiu współczesnego społeczeństwa nie sposób podważyć. Dla mnie jednak weterynaria od zawsze kojarzyła się przede wszystkim z chirurgią. Dlaczego? Ano wszystko zaczęło się od pewnego czarno-białego kota, ale to temat na inną opowieść...

Jedno jest pewne. Kiedy po raz pierwszy stanąłem blisko stołu operacyjnego, w roli obserwatora i asystenta, i kiedy po raz pierwszy mogłem z bliska zobaczyć te wszystkie cięcia, podwiązywania naczyń, hamowanie krwotoku, szycie tkanek - wiedziałem już co chcę robić w życiu. Mój mistrz i mentor a zarazem świetny chirurg doktor Małgorzata skutecznie rozbudziła we mnie pasję i zapał do chirurgii ale potrzeba było wielu lat zanim pierwszy raz chwyciłem za skalpel. Często asystowałem jej przy zabiegach i za każdym razem miałem nadzieję że wreszcie dostąpię zaszczytu przeprowadzenia samodzielnego cięcia lub zszycia. Niestety nadzieja okazywała się płonna i za każdym razem moja rola ograniczała się do patrzenia. Pani doktor była perfekcjonistką. W jej gabinecie panowały idealnie sterylne warunki a sam stół i pole operacyjne imponowały czystością i schludnością. Wszystko dokoła zadawało się mówić: tutaj żadna bakteria się nie przeciśnie, wszystko jest dopięte na ostatni guzik, jest czysto i można operować. Podczas zabiegu cięcia wykonywane były super precyzyjnie, zwierzak tracił minimalną ilość krwi a szew był idealnie równy. Wtedy nie wyobrażałem sobie że kiedykolwiek mógłbym nauczyć się w ten sposób szyć. Tym bardziej że nie dane mi było nawet spróbować... Przygotowywałem się w domu do każdej operacji zgłębiając teorię z książek. Do treningu zakładania węzłów chirurgicznych używałem kupowanych w sklepie mięsnym wieprzowych nóżek. Najpierw nacinałem na nich skórę a potem zszywałem z użyciem różnych technik. Szwy ciągłe, przerywane, materacowe, śródskórne... Często wtedy jedliśmy nóżki w galarecie. Czułem się doskonale przygotowany teoretycznie i praktycznie do przeprowadzania zabiegów a jednak moja nauczycielka nie dała mi założyć nawet najprostszego szwu.

- Maćku, przygotuj się. Dzisiaj dam ci zszyć skórę. Umyłeś dokładnie ręce? - słyszałem za każdym razem, poczym zanim zdążyłem wziąć do ręki igłotrzymacz było już po wszystkim.

Albo:

- Dam ci dzisiaj zszyć otrzewną. Szew ma być ciągły a nić cały czas napięta. Tylko pamiętaj - dokładnie i równo! Zaraz, może najpierw przypatrz się jak ja to robię. O, widzisz? Tu wkłuwasz igłę a tu wykłuwasz, wkłuwasz i wykłuwasz ... i węzełek... no i skończone!

Czasami udało mi się nawet zacząć. Słyszałem wtedy:

- Maćku, nie będę ci patrzeć na ręce żebyś się nie stresował. Proszę, masz tu narzędzia i do roboty!

Drżącymi z emocji dłońmi usiłowałem wówczas coś tam niezdarnie zdziałać, trwało to pół minuty, może minutę w ciągu której cały czas czułem na sobie spojrzenie od którego narzędzia wypadały mi dosłownie z rąk.

- Nie, nie, poczekaj, daj mi to. Popatrz, tak ma być. O, widzisz? Dokładnie, równo i podociągane.

No, dokładnie to mi ręce opadały.

Nie wiem od czego zależy to, że jeden na samą myśl o krwi i operacjach ucieka gdzie pieprz rośnie, a drugi wręcz przeciwnie, zostaje i przygląda się z bliska. Może to widok lśniących czystością narzędzi chirurgicznych, tak niesłychanie precyzyjnych, może ich specyficzny zapach kiedy wyjmuje się je ze sterylizatora, może uspokajający sen zwierzęcia znajdującego się w głębokiej narkozie. A może świadomość, że najdrobniejsza nawet pomyłka może przekreślić cały nasz wysiłek. I jeszcze konieczność doprowadzenia tego co się rozpoczęło do końca. Bo jeśli coś idzie nie tak, nie da się odejść od stołu, pójść na spacer, zdrzemnąć się czy cokolwiek i wrócić za jakiś czas żeby dokończyć dzieła. Mamy ograniczony czas na wykonanie zabiegu. I to w sposób perfekcyjny. Jeśli któryś z etapów wykonamy "po łebkach" zawsze się to zemści. W najgorszym przypadku pacjent po prostu nie przeżyje. W najlepszym rana będzie się paskudzić bądź efekt zabiegu będzie niezadowalający. Chirurgii nie da się nauczyć z książek. Owszem, wiedza teoretyczna jest niezbędna ale dopiero w praktyce okazuje się, iż wszystko inaczej wygląda w rzeczywistości a inaczej na ilustracji. Podczas operacji nawet na chwilę nie można sobie odpuścić. Drobna pomyłka przy najbardziej banalnym zabiegu może mieć katastrofalne skutki. Trzeba być skoncentrowanym i czujnym aby jeśli coś pójdzie nie tak móc zareagować i zamiast wpadać w panikę błyskawicznie naprawić swój błąd lub po prostu efekt nieszczęśliwego splotu zdarzeń.

Mistrz dla czeladnika zawsze pozostanie mistrzem. Choćbyś sam miał już ogromne doświadczenie i praktykę to winien jesteś swemu nauczycielowi wdzięczność za wiedzę którą ci przekazał. Bez niego nie było by cię tam gdzie jesteś.

Kiedy po trzech latach studiów podyplomowych i zdanym egzaminie przed kilkuosobową komisją otrzymałem upragniony dyplom specjalisty w dziedzinie chirurgii, postanowiłem pochwalić się nim przed moją panią doktor. Była bardzo dumna i szczęśliwa, gratulowała mi sukcesu a ja w duchu czułem ogromną satysfakcję. "I co?"- myślałem. "Jednak chyba coś tam potrafię?" Nie mieliśmy jednak za dużo czasu na świętowanie, gdyż w gabinecie czekał już pacjent na zabieg.

- Dobrze, że jesteś, Maćku. Pomożesz przy operacji.

Na dźwięk tych słów poczułem się nieco zmieszany. - Hm, w zasadzie to trochę się spieszę... Może kiedy indziej...

- To naprawdę nie zajmie dużo czasu. No, dalej - myj ręce. Tylko dokładnie!

Położyłem swój dyplom na szafce lekarskiej i w milczeniu odkręciłem wodę.

Po kilkunastu minutach kiedy to już na dobre osadzony byłem w roli biernego obserwatora usłyszałem znajome:

- No, dobrze. To teraz skończ to co zaczęłam a ja tu posprzątam. Nie będę ci patrzeć na ręce, nie musisz się stresować.

"Jezu, tylko nie to" - pomyślałem. I jak marionetka, posłusznie chwyciłem za narzędzia.

Wydały mi się one dziwnie gorące, wręcz paliły w dłonie. Czułem też na sobie badawcze spojrzenie. Nagle znalazłem się sam pośrodku areny cyrkowej, w świetle jupiterów, a moje poczynania powiększone na ogromnych telebimach tak aby nic nie uszło czujnej uwadze widzów.

Cisza trwała zdecydowanie zbyt długo.

- Ja nie wiem czego oni was tam teraz uczą. Daj mi narzędzia i popatrz jak to ma być zrobione.

Dziwne ale pierwszy raz nie czułem się upokorzony. Poczułem ulgę. Zerknąłem na swój dyplom i uśmiechnąłem się. Wszystko było na swoim miejscu.

Maciej Bekier, lekarz weterynarii, specjalista chirurg

Gabinet weterynaryjny "Uprzejmy Łoś"