Historia Pana Nogi
To był ciężki dzień. Kilka dni temu Romanowi się pogorszyło. Roman - kot naszych sąsiadów od zawsze miał problem z oczami. Bardzo poważny problem. Na skutek powikłań towarzyszących katarowi kociemu, na który chorował Roman zapewne w swej wczesnej młodości kiedy to jeszcze nie miał domu, jego oczy w całości pokrywało bielmo. Aż dziw, że kot ten praktycznie w stu procentach niewidomy poradził sobie jakoś na ulicy. Kiedy pół roku temu Roman znalazł wreszcie spokojną przystań u naszych sąsiadów był w opłakanym stanie. Ale jak to już z kotami bywa - poprawa jakości życia oraz opieka weterynaryjna zrobiły swoje. Mimo inwalidztwa świetnie nauczył się poruszać po domu, zaprzyjaźnił się też ze Stefanem, który został przygarnięty nieco później. Niestety problem z oczami co jakiś czas się odnawiał i pomimo stosowania przeróżnych kropli i maści, a także terapii ogólnej stanu zapalnego w lewym oku nie udało się opanować. Ciśnienie płynu śródgałkowego było już tak znaczne, że powstał otwór przez który płyn ten zaczął wyciekać. Stan ogólny kota natychmiast się pogorszył, Roman stracił apetyt i chęć do życia. Wszelkie próby manipulpowania przy chorym oku przysparzały Romanowi cierpienia i tylko pogarszały sprawę. Wreszcie zapadła decyzja: oko należy usunąć. Z sąsiadami ustaliliśmy, iż pacjent zostanie po zabiegu w lecznicy jeszcze kilka dni celem odbycia rehabilitacji. Tamtego wieczoru, dwa dni od zabiegu siedziałem jak zwykle przy moim biurku i uzupełniałem w komputerze dane pacjentów jednocześnie słuchając przez słuchawki mojego ukochanego Tommiego Emmanuela. Roman był usytuowany wraz ze swoją klatką tuż obok mego biurka tak abym cały czas mógł obserwować czy mu czegoś nie trzeba. Przez te dwa dni od zabiegu był mało aktywny i wyraźnie pogrążył się w depresji. Nie jadł, nie pił, przy życiu utrzymywały go jedynie kroplówki. Jednak teraz nieco się ożywił - wstał, przeciągnął, podszedł do miski z wodą i zaczął pić. Odłożyłem słuchawki na bok, wyłączyłem muzykę i obserwując kota zamyśliłem się...

Image: jscreationzs / FreeDigitalPhotos.net
Pomyślałem, że każdy lekarz ma w swej praktyce przypadki które pamięta przez całe życie. Dla mnie jednym z takich przypadków jest Pan Noga.
Rzecz działa się w okresie mojej pracy w lecznicy całodobowej. Trafiały tam oprócz zwierząt przyprowadzanych czy przynoszonych przez swych właścicieli również zwierzaki niechciane, porzucone, mniej lub bardziej skrzywdzone przez los. Trafiały dzięki Straży Miejskiej, przeróżnym fundacjom niosącym pomoc zwierzętom a także dzięki zwykłym dobrym ludziom, wrażliwym na cudze nieszczęście. Pan Noga został przywieziony przez kogoś z fundacji. Był młodym ale już wyrośniętym ośmio- może dziewięciomiesięcznym owczarkiem niemieckim. Swój przydomek posiadał od tego że poruszał się na trzech kończynach, jedną z przednich miał zaś cały czas uniesioną do góry. Przy natłoku bezimiennych pacjentów trudno było wszystkich spamiętać, nadawaliśmy im więc imiona które do nich po prostu pasowały. Pani Ciąża, Pani Babeszja, Pan Ciało Obce... Pan Noga. Nikt nie wie jaka była historia Pana Nogi zanim został znaleziony na skraju wyczerpania w środku lasu. Nie był agresywny w stosunku do ludzi, ufał im zatem należy przypuszczać że nie zaznał bezpośrednio cierpienia z rąk człowieka. Ale w jaki sposób znalazł się w środku lasu? W jego oczach widać było tylko smutek i tęsknotę. Jako że od zawsze uwielbiałem owczarki niemieckie od razu pies zawłądnął moim sercem i obiecałem sobie że za wszelką cenę uratuję tę łapę. Niestety, rzeczywistość okazała się bardzo brutalna i szybko wyszło na jaw, że łapa nie jest już do uratowania. I tak noga Pana Nogi została amputowana. Przeze mnie. Byłem wtedy początkującym chirurgiem i już sama skala zabiegu była dla mnie duża. Do tego dochodziły jeszcze względy emocjonalne. Cóż, nie wstydzę się swoich łez które ocierałem z policzków widząc jak ten młody, piękny pies tak potwornie okaleczony wybudza się z narkozy. Jak nie może utrzymać równowagi, przewraca się i wreszcie, wyczerpany kładzie pogodzony z losem. Pan Noga w ten sposób przeleżał prawie tydzień. Przestał pobierać pokarm, pić, leżał tylko patrząc w jednym kierunku smutnymi oczami które nie widziały...
Stuk- puk, stuk-puk. Nagle uświadomiłem sobie że od pewnego czasu słyszę powtarzający się miarowo odgłos. W mgnieniu oka otrząsnąłem się ze wspomnień. Klatka w której jeszcze przed chwilą leżał Roman była pusta. Odruchowo cofnąłem się razem z fotelem i wtedy dostrzegłem źródło owego stuk-puk. Musiałem nieźle się zamyślić skoro nie zauważyłem, iż w międzyczasie Roman znalazł się jakimś cudem na biurku i teraz w najlepsze zabawiał się zwisającym kabelkiem od słuchawek. W skupieniu przyglądał się (!) mu i rytmicznie zaczepiał łapką przez co kabelek uderzając o obudowę komputera wydawał charakterystyczny dźwięk. Patrzyłem na tę scenę jak zahipnotyzowany. Minęło dobre 10 minut zanim odważyłem się przemówić do Romana, który natychmiast przerwał zabawę, wydał przeciągłe miauknięcie poczym wskoczył mi na kolana i zaczął głośno mruczeć.
Kiedy trochę później kładłem się spać, moje myśli jeszcze raz tego dnia powędrowały do Pana Nogi. Po tygodniu leżenia w odrętwieniu stan psa zaczął wszystkich naprawdę poważnie niepokoić. Nie reagował on na żadne komendy, nawet nie próbował się podnosić, na widok najlepszych karm przeznaczonych dla rekonwalescentów odwracał się z niesmakiem. Wychudł i jeszcze bardziej zmizerniał. Dzięki staraniom fundacji znalazł się już ktoś kto był w stanie Pana Nogę adoptować lecz w tym stanie nawet nie było o tym mowy. I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł. Odrzucając wszelkie zdobycze współczesnej medycyny weterynaryjnej, dietetyki i farmakoterapii ktoś postawił przed Panem Nogą miskę pełną mięsa. Mielonego mięsa wołowo-wieprzowego. Pies podniósł głowę, skrzydełka nosa poruszyły się, w oczach pojawiło się skupienie. Następnie wzrok padł na miskę - tak, pochodzenie zapachu zgadzało się. Chwilę później zjedzony został pierwszy kęs, potem drugi, trzeci... nie mogłem wręcz uwierzyć w to co widzę. Pies podniósł się, stanął nad miską i jadł tak długo aż miska była pusta. Od tamtej pory rekonwalescencja przebiegła błyskawicznie. Nowi opiekunowie, zapaleni żeglarze nadali mu imię Hals. Parę miesięcy później, podczas wakacji dostałem od Halsa e-mail wraz ze zdjęciem. Zdjęcie przedstawiało Halsa leżącego na pokładzie jachtu. Z jego oczu znikł już wyraz smutku i tęsknoty. Obok siedział jego pan, który uśmiechał się spod kapitańskiej czapki. I choć znowu musiałem ocierać łzy, tym razem były to łzy szczęścia.
Maciej Bekier, lekarz weterynarii, specjalista chirurg
Gabinet weterynaryjny 'Uprzejmy Łoś'
| « Święta, Święta... a po Świętach? | Druga strona medalu » |
|---|
Please wait...















