Get Adobe Flash player

szukaj na stronie

Newsletter



Wiadomość HTML?

Joomla : Fundacja VIS MAIOR

Podaruj nam 1% podatku

Jesteśmy organizacją pożytku publicznego

KRS: 0000136590

Licznik odwiedzin

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj570
mod_vvisit_counterWczoraj1128
mod_vvisit_counterW tym tygodniu5839
mod_vvisit_counterW tym miesiącu25203
mod_vvisit_counterWszystkich529823

Aktualnie: gości 6 połączonych
Twoje IP: 38.107.179.243
Dzisiaj: Maj 19, 2012
Dogopedia Zdrowie i pielęgnacja

Całkiem inna historia

Kiedy poproszono mnie o napisanie kilku artykułów o tematyce weterynaryjnej na potrzeby strony internetowej Fundacji pomyślałem, iż będzie to świetna okazja do tego żeby zrobić małe podsumowanie dotychczasowej pracy w zawodzie. Nie chciałem pisać kolejnego nudnego poradnika w rodzaju: "Dlaczego mamy bać się kleszczy?" lub "Jak często odrobaczać mojego psa?", których pełno zarówno w internecie jak i popularnych pismach przeznaczonych dla właścicieli zwierząt. Pomimo niewątpliwej wartości merytorycznej takie poradniki dla przeciętnego Czytelnika nie będącego lekarzem ani studentem weterynarii są raczej mało ciekawe i na dłuższą metę nużące. Uznałem że dużo ciekawszy jest konkretny przypadek, który może być punktem wyjścia do analizy szerszego problemu. Aby jednak cykl artykułów nie stał się zlepkiem opisów różnych przypadków postanowiłem je nieco usystematyzować. Celowo cykl rozpoczęła suka Kora ze swoją poparzoną łapą. Przypadki Kory i Ruperta  na szczęście zakończone happy endem to wprowadzenie zarówno do traumatologii i pierwszej pomocy jak i szerzej pojętej dermatologii. Czyli tego co może się naszemu psu przytrafić np. na spacerze czy w domu oraz tego co dotyczy jego skóry. Z kolei przypadek Princessy - nadal z kręgu dermatologii to sygnał że nie zawsze coś jest tym na co wygląda. Zmiany na skórze mogą być przejawem choroby wewnętrznej i na to nie pomoże szampon czy maść. Czwarty artykuł to przestroga przed lekceważeniem szczepień - nie zawsze lekarz jest w stanie pomóc ale najgorzej gdy do tragedii dochodzi z błahej w sumie przyczyny, poprzez ludzką lekkomyślność i zwykłą głupotę. Wątek profilaktyki kończy artykuł piąty - horror na sterydach z udziałem kleszczy, pierwotniaków i psa-olbrzyma. Następnie zaoferowałem Państwu cykl poświęcony mojej ulubionej dziedzinie - chirurgii. Pierwszy artykuł dotyczy chirurga, drugi właściciela operowanego zwierzaka i jego obaw związanych z zabiegiem, trzeci zaś poświęcony jest głównym zainteresowanym czyli właśnie operowanym zwierzakom. Niewiadomo kiedy nadeszły święta i Nowy Rok ale licho nie śpi i o tym jest przedostatni artykuł. A o czym jest ostatni?


Prawie dwadzieścia lat temu pewien czarno-biały kot postanowił wziąć sprawy we własne ręce i nie chcąc spędzić reszty swego żywota na ulicy szedł za mną tak długo i z taką determinacją, iż zawędrował do mojego domu. A właściwie domu moich rodziców, bo sam byłem wtedy ledwie wyrostkiem. A jak już raz przekroczyło kocisko próg naszego domostwa, tak pozostało w nim już na zawsze. Na warszawskiej Saskiej Kępie wówczas największą renomą cieszył się gabinet pani doktor Małgorzaty i to jej właśnie przypadło w udziale zbadanie i wyleczenie kociaka. Kocię miało wówczas jakieś 3-4 miesiące i było chore na: katar koci (ropny wypływ z nosa i oczu, nadżerki na języku utrudniające pobieranie pokarmu), świerzb uszny, glistnicę, było zapchlone i miało biegunkę oraz wymioty. Praktycznie zerowe szanse na przeżycie na ulicy i nieco większe przy poprawie warunków bytowych oraz podjęciu intensywnego leczenia. Jednak kotek był dzielny i po paru dniach stan jego zdrowia znacznie się poprawił. Byłem pod ogromnym wrażeniem skuteczności leczenia i wszystkich tych zabiegów, które w krótkim czasie postawiły zwierzaka na nogi. Podczas codziennych wizyt obserwowałem panią doktor przy pracy, słuchałem tego co mówi, ale nie wiele z tego wszystkiego rozumiałem. Widziałem też mnóstwo innych pacjentów wraz ze swymi właścicielami, którzy odnosili się do niej z wielkim szacunkiem, darzyli ją zaufaniem i byli ogromnie wdzięczni. Zapragnąłem sam być taki jak Ona - szanowany, podziwiany i przede wszystkim potrzebny. Tym wszystkim zwierzakom, które potrzebują pomocy oraz ich właścicielom, którzy często nie mogą żyć bez swych podopiecznych. W międzyczasie oglądałem cud narodzin, kiedy moja kotka Kinia miała małe. A potem te maluchy urosły i trzeba im było znaleźć domy. I smutno było się rozstawać. Zrozumiałem, że kotka powinna zostać wysterylizowana. Obserwując zabieg z bliska wiedziałem już co chcę robić w życiu. Jeszcze tylko drobny szczegół czyli studia weterynaryjne, potem pierwsza praca, druga, trzecia, studia podyplomowe, cud narodzin mojej córki, wreszcie własna praktyka... Minęło dziewiętnaście lat od chwili gdy pewien czarno-biały kot postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Ten kot ma na imię Kinia i ma się dobrze. Śpi sobie teraz gdy piszę te słowa i śni o prawie dwudziestu latach swojego życia. W tym małym zwierzaku o wielkim sercu zawiera się dla mnie cały sens weterynarii. A także dużo, dużo więcej. Zarówno to, że warto mieć marzenia i dążyć uparcie do celu - spełnią się jeśli naprawdę będziemy tego chcieli. I to, że zwierzęta w naszym życiu wzbogacają nas. Możemy się od nich wiele nauczyć - odpowiedzialności, godności. Kto tego nie rozumie bardzo wiele traci. Zwierzęta żyją i odchodzą godnie. Nie rozpaczają z byle powodu. Potrafią cieszyć się życiem mimo niepełnosprawności, jak pies Hals czy kot Roman. A ludzie? Są źli i dobrzy. Przez złych Hals nie ma łapy, dzięki dobrym - żyje i ma wspaniały dom. Można powiedzieć że bilans jest zerowy? Nie, nie można. Wystarczy przejechać się na Paluch czy do innego schroniska i zobaczyć na własne oczy ogrom nieszczęścia. Ale to już temat na całkiem inną historię.

Maciej Bekier, lekarz weterynarii, specjalista chirurg

Gabinet weterynaryjny 'Uprzejmy Łoś'